Wiele osób marzy o luksusowych hotelach z opcją all inclusive. Dla mnie jednak przez lata największą wartością były zupełnie inne doświadczenia — często surowe warunki, z dala od cywilizacji, wymagające wyrzeczeń, dobrej organizacji i wewnętrznej mobilizacji. To właśnie tam czułam się najbardziej sobą.
Podczas swoich podróży spałam w bardzo różnych miejscach. Był hamak rozwieszony między drzewami, namiot rozbity pod rozgwieżdżonym niebem, skromne pensjonaty, ale też komfortowe, luksusowe hotele. I prawda jest taka, że żaden z tych wyborów nie był lepszy ani gorszy — wszystko zależało od miejsca, celu podróży, jej długości i budżetu, który przy licznych wyjazdach ma ogromne znaczenie.
W dużych miastach najważniejsze jest dla mnie jedno: wygodne łóżko i dobra poduszka. Chcę się wyspać, nabrać sił i z energią ruszyć następnego dnia na zwiedzanie, odkrywanie uliczek, muzeów i lokalnych smaków. Tam sen jest po prostu bazą — punktem startowym do dalszych planów.
Z dala od miast sytuacja się zmienia. W naturze najlepiej sprawdza się namiot, sam materac, a czasem nawet hamak. Nie potrzebuję wtedy wielu udogodnień. Liczy się cisza, przestrzeń i widoki, które zapierają dech w piersiach. Wschody i zachody słońca, wielkie kaniony, pustynie, dzikie zakątki świata, kameralne miejsca, do których rzadko kto zagląda — to one są dla mnie prawdziwym luksusem.
Najważniejsze jest zawsze konkretne miejsce. Chcę być jak najbliżej tego, co mnie fascynuje i przyciąga. Bo sen w podróży nie jest celem samym w sobie — jest tylko chwilą odpoczynku pomiędzy kolejnymi zachwytami nad światem. A im bliżej natury, tym spokojniej zasypiam.