Po ostatnim okresie w którym odwołano mi kilka lotów zrezygnowałam z życia podróżnika i nie planowałam na jakiś czas żadnych wyjazdów. Postanowiłam nadrobić pewne zaległości w moim życiu, które spychałam na wieczne nigdy udając, że nie są one ważne. Jednak jak się okazało porządek musi być i uznałam, że muszę poukładać swoje życie, nadrobić różne zaległości, nigdzie się nie ruszając tylko dzień po dniu bez żadnego pośpiechu tak jak zawsze tego chciałam uporządkować wszystkie swoje plany oraz zobowiązania. Poczuć jak to jest być w domu piec chleb i codziennie jeść przygotowane przez siebie posiłki. Zatrzymać się na jakiś czas nie musząc nigdzie się spieszyć tak jak to robiłam przez całe życie. W ostatnim okresie zrezygnowałam z większości swoich zobowiązań dzięki czemu wszystko uległo sporej zmianie zyskując czas dla siebie, którego tak naprawdę nigdy nie miałam. Mimo to wyjazd znalazł mnie, ponieważ nieoczekiwanie dostałam zaproszenie w miejsce, które spodobało mi się od pierwszego można powiedzieć wejrzenia. Gdy byłam tam pierwszy raz w poprzednim roku urzekło mnie ono swoim pięknym pejzażem i całą otoczką, która nadawała mu wyjątkowości.


Pamiętam moją pierwszą wizytę na Wannsee podczas, której akurat zajechałam na śniadanie. Było ono podane na dużym tarasie z widokiem na jezioro, gdzie od samego rana można było zobaczyć przepływające kajaki, jachty, czy również małe statki wycieczkowe a nawet ludzi pokonujących jezioro wpław. W pierwszym momencie widok ten nie wiem dlaczego ale od razu skojarzył mi się z moim pobytem w Portugalii. Było to bardzo dawno temu i można by rzec, że uleciało z pamięci. Otóż wspomnienia ożywiły się na tyle, że z uśmiechem na twarzy przypominałam sobie obrazy w mojej pamięci. W pierwszej chwili przypomniał mi się widok z naszego wielkiego tarasu, który znajdował się na samej górze apartamentowca skierowany na Ocean Atlantycki. Algarve słynie z długich, szerokich i złocistych plaż z ciepłym klimatem na które w tamtym momencie mogłam patrzeć bez końca.
To cudowne uczucie, kiedy zaraz po przebudzeniu można wyjść na taras i rozkoszować się pięknym widokiem, zarazem świeżym powietrzem lekko zmąconym mgłą, która rozmywała się w trakcie spożywanego śniadania pod chmurką. Z minuty na minutę oczom ukazywał się coraz to dalszy horyzont, aż w końcu można było zobaczyć wyraźne zarysy fal.
Wieczorem ponownie można było się delektować cudownym ciepłym powietrzem przy blasku rozstawionych świec i księżyca, który oświetlał okolice. Ten kadr niczym z filmów zapisany jest w mojej głowie bardzo wyraźnie. Nie dane jest nam przeżywać takie piękne chwile i momenty naszego życia na co dzień. Zapewne dlatego są one takie cudowne i wyjątkowe, i powinniśmy się nimi delektować. Ja akurat jestem osobą, która wychwytuje takie momenty będąc niczym spragniona i wygłodniała pięknych kadrów i wspomnień.
Dlatego to śniadanie również pozostało w mojej pamięci z okrągłym stołem zastawionym różnymi pysznościami, który jeszcze bardziej zdobił ten taras i całą jego otoczkę. Ale najpiękniejsze chwile to te, w których można spotkać się ze swoimi bratnimi duszami i podzielić się wszystkim tym co mamy w sercu. Dlatego bez żadnego zastanawiania się od razu postanowiłam tutaj przyjechać i delektować się tym, co życie było mi w stanie zaoferować na ten moment. Wyjazd w pewien sposób był spontaniczny, co prawda nie była to Ameryka czy inne odległe zakątki świata ale otrzymałam równie piękne wrażenia i przeżycia. Tak naprawdę nie ważne jest miejsce tylko to z kim się tam znajdujesz. Żadna sceneria poza oczywiście pięknymi widokami zapierającymi dech w piersiach nie da tylu pięknych wspomnień co czas spędzony z odpowiednimi ludźmi. Takimi z którymi masz wspólny język i od razu czujesz, że to jest twoja bratnia dusza. Zapewne każdy z was spotkał w swoim życiu osoby z którymi nie mieliście wspólnych tematów i takie z którymi od pierwszego momentu byliście niczym dwie papużki nierozłączki. Czuliście się tak jakbyście znali się od lat i byli najlepszymi przyjaciółmi. Tak było w tym przypadku. Będąc na dalekich ziemiach Ameryki Południowej nie wiedząc tak naprawdę co mnie tam spotka i jak ta cała podróż się potoczy mimo jakiegoś planu podróży, spotkałam osobę z którą od razu połączyła mnie pewna więź. Choć widziałyśmy się pierwszy raz w życiu wszyscy myśleli, że jesteśmy przyjaciółkami od lat. Pewnie czytając to teraz zastanawiasz się co ma to wspólnego z wyjazdem na Wannsee. Otóż dla takich osób nie ważne są odległości i kilometry. Dla chcącego nie ma żadnych przeszkód do tego aby móc się spotkać i kontynuować to co powstało. Wsiadłam w samochód odsuwając wszystko na boczny tor, oczyszczając swój umysł i zabierając pozytywne nastawienie ze sobą. Ciesząc się tym wyjazdem ruszyłam przed siebie gdzie po drodze nie obyło się bez niespodzianek. Trasa okazała się być cała w remontach z ciągłymi zwężeniami i utrudnieniami w ruchu. Pierwszy korek był najgorszy. Czterdzieści minut postoju bez żadnego poruszenia się w przód kołami. Pewnie dawno temu denerwowałabym się i klęła pod nosem na fatalne warunki jazdy, ale dziś całe szczęście, że już reaguję na takie sytuacje swoistym, spokojem. Słuchając „dojczlandzkiej” muzyki podziwiałam i obserwowałam innych uczestników ruchu drogowego. Do celu dotarłam po 4,5 godzinach zamiast po dwóch. Cóż czasami tak bywa i nie jesteśmy tego w stanie przeskoczyć. Mimo wszystko cieszyłam się z tego, że dotarłam na miejsce bez żadnej innej niespodzianki, bo przecież zawsze mógłby mi się zepsuć samochód albo mogłabym złapać gumę. Życie nabiera piękniejszych barw gdy spojrzymy na nie w inny sposób. Po dotarciu z wielką radością przywitałam się ze wszystkimi a zwłaszcza z moją przyjaciółką i zaczął się dla mnie czas relaksu, odpoczynku, biesiady, wspólnych rozmów oraz poznawania nowych osób. Pierwszego dnia nasze spotkanie odbyło się w dwanaście osób wśród których muszę przyznać, że trochę ciężko było mi się odnaleźć. Nie dlatego, że nie miałam o czym, z nimi rozmawiać albo ktoś mi się nie spodobał. Uwielbiam ludzi, spotkania i wspólnie spędzany czas, wręcz nawet można powiedzieć, że kocham ludzi i uważam, że od każdego można się czegoś nauczyć oraz dowiedzieć, zainspirować czy choćby nawet uświadomić sobie, że tak bym nie chciała czynić czy postępować. Każdy jest w stanie nam coś przekazać. Ja po prostu nie znam języka niemieckiego. Przeszkodą był język, którego nigdy się nie uczyłam i mimo największych chęci zrozumienia bariera językowa robiła swoje. Z konwersacji rozumiałam co trzecie – czwarte słowo co dawało mi jakiś tam obraz możliwości domyślania się o czym rozmawiają ale to nie dawało mi swobody w zrozumieniu danego kontekstu rozmowy. Chociaż muszę przyznać, że w tym roku i tak już było lepiej niż w poprzednim, wtedy rozumiałam tylko kilka słów. Obecnie trochę żałuje, że nie uczyłam się go wiedząc, iż Niemcy są naszymi sąsiadami i zapewne prędzej czy później by on się przydał. Z pomocą przyszło mi porozumiewanie się w języku angielskim w którym orłem to ja nie jestem ale zawsze to coś. Niestety nie z każdym w tym języku mogłam porozmawiać. W taki sposób wytężając swój umysł w cudownym nastroju wieczór upłynął mi bardzo szybko.

Z samego rana gdy tylko obudziły mnie przedostające się promienie słoneczne do środka jachtu na którym spałam oraz usłyszałam śpiew ptaków wstałam aby zażyć porannej kąpieli w jeziorze. Coś pięknego gdy można poczuć otulającą nas naturę od samego rana. Jak tylko poczułam się już rześko postanowiłam jeszcze przed śniadaniem popływać biorąc sup. Była to najlepsza pora ponieważ z samego rana nie ma tak wielu pływających kajakarzy czy jachtów. W ciszy i z relaksem mogłam się wsłuchiwać w naturę podziwiając piękne widoki kolejno ukazujących mi się zakamarków małego Wannsee (Kleiner Wannsee) oraz szlifować swoją naukę pływania na desce płynąc w stronę Pohlesee. Oczywiście nie mogłam przesadzić z odległościami ponieważ moje zdolności już nie są takie jak kiedyś i muszę uważać na swoje poczynania wsłuchując się w ciało.



Po powrocie wszyscy zjedliśmy śniadanie w przepięknym plenerze wśród zieleni i blasku wody zajadając się darami natury prosto z ogródka i nie tylko. Nasze rozmowy przeciągnęły się do południa po czym udaliśmy się razem trochę popływać jedni wpław inni na deskach czy dmuchanych gadżetach. Po południu dotarło do nas większe grono wśród których znajdowali się również Polacy. Na ich widok bardzo się ucieszyłam, jak to miło usłyszeć swój język na obczyźnie pomyślałam. Od tamtej chwili rozmowom nie było końca. Zasiadając do wspólnie zastawionych stołów biesiadowaliśmy do późnych godzin nocnych nad brzegiem jeziora przy blasku księżyca i połyskującej się tafli wody, z pięknymi odgłosami dobiegającymi z otaczającego nas łona natury.


Kolejnego dnia tuż po śniadaniu udaliśmy się w rejs jachtem zwiedzając okolice jednego z najsłynniejszych jezior w Berlinie. Kiedy tylko wpłynęliśmy na wody dużego Wannsee (Großer Wannsee) moim oczom ukazały się rozległe połacie. Jezioro stanowiące zatokę rozlewiska Haweli o powierzchni 2,7 km 2. zwane również Strandbad jest największym kąpieliskiem Berlina o ponad stuletniej tradycji.











Nigdy wcześniej nie widziałam takiej ilości pływających i cumujących jachtów na raz. Moje oczy pochłaniały wszystko co było dookoła widoczne. Głowa obracała się za każdą żaglówką, która miała coś odmiennego w swoim wyglądzie a było ich całkiem sporo. Niektóre z nich miały całkowicie własne indywidualne projekty, których nigdy w życiu wcześniej nie widziałam. Moja ciekawość nie miała końca. Z jednej strony starałam się uczestniczyć w rozmowie, która miała miejsce wśród naszej całej załogi sporego jachtu a z drugiej strony mój wzrok i myśli koncentrowały się na tych pięknych widokach poza burtą. Chłonęłam wszystko naraz będąc wdzięczna za to, że mogłam znajdować się w tym miejscu. Ta przestrzeń na którą wypłynęliśmy wywarła na mnie ogromne wrażenie.. Z oddali było widać piękne zadbane posiadłości prześcigające się swoim urokiem i elegancją. Równo przystrzyżone trawniki, idealnie wykończone ogrody wszystkich posesji rywalizowały ze sobą niczym w jakimś konkursie na najpiękniej się z nich prezentujący.






W świetnym towarzystwie podziwiałam również obiekty wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury oraz mogłam podziwiać dom Angeliny Jolie i Brada Pitta w którym mieszkali gdy Brad pracował nad filmem „Inglorious Bastards” w reżyserii Quentina Tarantino. Posiadłość Palais Parkschloss to luksusowa willa mająca 30000 stóp, mały port i lądowisko dla helikopterów która robi niesamowite wrażenie. W taki sposób podziwiałam zamki, niewielkie dworki, parki i bajkowe rezydencje poznając przy tym historię Poczdamu i znanych osobistości, przemierzając piękno okolicznych jezior jak Havela, Glienicker Lanke, Griebnitzsee, Stölpchensee, czy Prinz-Friedrich-Leopold- Kanal i wiele innych. Cudownie chwile spędzone w świetnym towarzystwie pozostawiające mnóstwo pięknych wspomnień do mojej kolekcji.








