Białowieski Park Narodowy

To był całkowicie spontaniczny wyjazd, kilka wymienionych zdań i decyzja została podjęta. Od dawna korciło mnie pojechać w tamte tereny, ale zawsze jakoś brakowało czasu, albo wybierałam bardziej odległe zakątki, jak inne państwa. Całkiem niespodziewanie pokierowało mnie pod Białoruską granice w całkowitą ciszę i mnóstwo zieleni. W czwartek zaraz po obiedzie wyruszyłam do Gdańska, gdzie spędziłam jedną noc rozkładając sobie w ten sposób trasę praktycznie na pół. Normalnie nie planowałabym jazdy przez to miasto, ale stąd zabierałam kompankę mojej podróży. Na miejsce dotarłam po godzinie dwudziestej pierwszej i oczywiście zamiast położyć się spać by być wypoczętą na kolejny dzień długiej jazdy, pogaduchom nie było końca. Tak to już bywa, gdy człowiek spotka się z kimś po dłuższym czasie.

W trakcie oczekiwania na moją koleżankę, aż skończy pracę, oczywiście wykorzystałam okazję i udałam się na plażę w towarzystwie mojej córki, którą ze sobą zabrałam. Mimo, że pogoda płatała nam figle spacer brzegiem plaży został zaliczony. Nawet udało się nam zjeść gofry, chociaż przy takim wietrze nie było to łatwe. Takie czasy, dobrze, że cokolwiek było otwarte i choć troszkę można było poczuć nadmorskiego klimatu. Po krótkiej fascynacji i chłonięciu beztroskich chwil w otulinie naszego morza wróciłyśmy, aby zjeść obiad.

Następnie ruszyłyśmy w nieznane mi tereny, których jeszcze nigdy nie miałam okazji podziwiać. Mając tylko adres i zdjęcie domku, który znajdował się w środku lasu. Nie do końca byłam pewna czy dotrzemy w wyznaczone miejsce zwłaszcza, że trasę końcową pokonywałyśmy już nocą. Moje przeczucie jednak było dobre, gdyż oczywiście nawigacja musiała zrobić nam psikusa. Numer posesji nie zgadzał się z tym co nam wskazywała. Takich przypadków miałam już mnóstwo w swoim życiu. Tym razem pomyliła się tylko o jakieś pół kilometra ale raz się zdarzyło, że w centrum miasta urządzenie wskazywało adres o pięć ulic dalej. Zawsze twierdziłam, że oprócz technologii należy używać rozumu ha ha ha. Co prawda ułatwia nam życie, ale jak widać nie zawsze można jej zaufać. Domek znajdował się w lesie a na dworze panowała całkowita ciemność. Widok ten ożywił pewne wspomnienia z dawnych lat, gdy jechałam do centrum wypoczynku ” Leśne Wrota”. Piękne miejsce położone  w lesie nad jeziorem Klebarskim. Ale zanim się zorientowałam, że jest takie piękne musiałam pokonać drogę przez las w totalnej ciemności i późnych godzinach wieczornych, a nawet nocnych. Pamiętam jak kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. To była jazda w ciemno oczywiście z rezerwacją, ale grzecznościowo byliśmy przyjęci w bardzo późnych godzinach. Gdy tylko z głębi lasu wyłonił się zarys budynku byłam bardzo szczęśliwa. Nie uśmiechało mi się błądzić z dzieckiem po lesie. Gdy tylko przekroczyłam próg wielkich skrzypiących drzwi, które w nocy brzmiały przerażająco moim oczom ukazał się półmrok w sporym holu. By nie robić hałasu wraz z panią, która nas przywitała ruszyliśmy w tym półmroku na pierwsze piętro, gdzie mieliśmy do wyboru dwa pokoje. Pierwszy kompletnie nie przypadł mi do gustu. Za to zbliżając się do drugiego, oczywiście bez oświetlenia, nagle na samym końcu korytarza zaczęła skrzypieć podłoga, niczym w starym zamczysku. Dodatkowo wystrój wnętrza robił swoje, co wpływało na wyobraźnię. Na samym końcu korytarza stała szafa w starym stylu, miała na wpół otwarte drzwi, co dodatkowo robiło wrażenie. Za to po przespanej nocy, gdy tylko podeszłam do okna ujrzałam harmonijną kompozycję niepowtarzalnego otoczenia. Gdy tylko to ujrzałam w kilka minut znalazłam się na zewnątrz chłonąc klimat tego miejsca i przepiękne widoki. Tutaj było całkiem podobnie. Gdy tylko zajechałyśmy na miejsce oczom ukazała się pusta droga i gęsty mroczny las otaczający domek w którym miałyśmy nocować. Następnego dnia wszystko nabrało innego wylądu, przeciskające się promyki słońca przez korony drzew nadawały pięknego blasku. O poranku można było obserwować jak wszystko budzi się ze snu. Bez pospiechu ruszyliśmy na zwiedzanie tych pięknych okolic prawie nie naruszonych przez człowieka. A to kocham najbardziej. Natura jest w moim życiu bardzo ważna i doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że bez niej nie jesteśmy w stanie istnieć. W tak pięknych okolicach miałyśmy możliwość spędzenia trzech nocy, a za dnia podziwiać okoliczne tereny. Wieczorem zaś relaksowaliśmy się grillując nawet, gdy aura nam nie sprzyjała. Warunki były do tego idealne, wszystko przystosowane na każdą pogodę. Oczywiście wybraliśmy się do Białowieskiego Parku Narodowego, ostatniego pierwotnego lasu w Europie i ostoi żyjących na wolności żubrów z nadzieją, że gdzieś po drodze uda nam się je zobaczyć. Niestety nasze poszukiwania okazały się niepowodzeniem. Mimo, że oprócz parku odwiedziliśmy wszystkie miejsca polecone przez lokalną przewodniczkę, która doskonale wiedziała, gdzie można je spotkać, i tak okazało się, że przyjechałyśmy za późno. Zaczynał się już sezon w którym chowały się przed człowiekiem. Zimową porą wychodzą znacznie częściej.

 

Spacerowaliśmy pasem drogi granicznej z Białorusią, odwiedziliśmy cmentarz ewangelicki ukryty w lesie po dawnych mieszkańcach, jedynej pozostałości dawnej wsi Czoło założonej w pierwszej połowie XIX wieku przez osadników z terenów dzisiejszych Niemiec. Na cmentarzu znajduje się kilka nagrobków z krzyżami. We wsi tej mieszkało prawdopodobnie kilkanaście rodzin, obecnie mieści się tutaj strażnica białoruskich pograniczników. Byliśmy wokół uroczyska Głuszec – dawnej ostoi głuszców. Szlak zaczyna się we wsi Stare  Masiewo, przez Polane Masiewską, bory bagienne, obok ekspozycji leśnej kolejki wąskotorowej, którą oczywiście podziwialiśmy. Do kolei wąskotorowych mam pewien sentyment, a to dlatego, że jako dziecko przemierzałam nią co tydzień kilkanaście kilometrów. Oczywiście nie w tych rejonach, ale zawsze jednak wewnętrzna ciekawość pozostaje. Odwiedziliśmy również cmentarz Kirkut założony w I p. XIX wieku. Bardzo dobrze zachowany żydowski cmentarz, co rzadko się zdarza. Dokonywano na nim pochówku Żydów z Narewki, Hajnówki i Białowieży, ale również i Szereszewa i Świsłoczy. Jeden z kamieni nagrobkowych został wykonany z labradorytu niezwykle rzadkiego materiału spotykanego na Kaukazie. Macewy zachowały się w dobrym stanie a najstarsza pochodzi z 1851 roku. Udaliśmy się również nad jezioro Siemianowskie, którego nazwa pochodzi od pobliskiej miejscowości Siemianówka. Zaporowy zbiornik wodny powstał w wyniku spiętrzenia wody zaporą ziemną zbudowaną w przewężeniu doliny w rejonie Łuka i Rybaki. Zbiornik ten znajduje się na obszarze objętym projektem Zielonych Płuc Polski.

 

Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy była wieża ciśnień, przy stacji kolejowej Białowieża Towarowa, wybudowana na potrzeby cara Mikołaja II  w 1903 roku służącej do wyładunku towarów i zawracania pociągów jak również do przyjazdów zaproszonych gości na uroczyste polowania. W zabytkowej wieży ciśnień powstały Apartamenty Carskie, które można wynająć na nocleg. Białowieska kolej funkcjonowała przez blisko sto lat. W 1986 roku budynek dworca kolejowego wpisany został do rejestru zabytków. Na terenie tym również znajduje się restauracja Carska. Usytuowana jest w zabytkowym budynku dworca kolejowego. Charakter i wystrój wnętrz nawiązuje do czasów carskich. Polecana dla wszystkich smakoszy kuchni polsko – rosyjskiej i miłośników architektury  schyłku XIX wieku. W stojącym na torze składzie pociągu, który mieliśmy okazję podziwiać, znajdują się luksusowe wagony stylizowane na carskie saloniki.

 

Na pewno warto odwiedzić Park Pałacowy o którym jeszcze nie wspomniałam. Można przechadzać się tam po reprezentacyjnym drewnianym moście, przy okazji podziwiając z dwóch stron staw, który z lotu ptaka przypomina skrzydła motyla. Warto również zobaczyć Dworek Gubernatora, najstarszy budynek w polskiej części Puszczy Białowieskiej. Park jest świetnym miejscem do odpoczynku, jak i również do aktywnego spędzania czasu. Niestety do dalszej części, gdzie znajduje się Muzeum Przyrodniczo-Leśne Białowieskiego Parku Narodowego oraz wysoka wieża obserwacyjna już nie doszliśmy, gdyż rozpętała się mocna ulewa. Spacer podczas tak silnych opadów deszczu mijał się z celem zwłaszcza, że nikt z nas nie posiadał płaszcza przeciwdeszczowego. Podczas tego wyjazdu mieliśmy również okazje podziwiać wiele innych miejsc, które nie są zabytkami, ale zachwycały również swoim urokiem. Białowieża to miejsce magiczne, region, który ma swój niepowtarzalny urok. Mieliśmy okazję próbować tutejszych miodów smakowych, wędzonych wędlin przez okolicznych mieszkańców jak również naturalnych musów. To był świetnie spędzony czas w bliskości z naturą, bez pośpiechu odpoczywając od zgiełku wielkiego miasta.

 

Myślę, że tych miejsc nie trzeba polecać. Są to wartości przyrodnicze, które przyciągają rzesze turystów.