
Doczekałam się dnia w którym moje dzieło ujrzało światło dzienne. Długo nic nie mówiłam o tym, że cokolwiek piszę a gdy już miałam sporą cześć książki, wiedziały o tym tylko nieliczne osoby, które mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. Już taka jestem, że nie chwalę dnia przed zachodem słońca. Nie lubię rozpowiadać co zrobię, zamiast tego wolę działać. Wiadomo, że w życiu różnie bywa a los często potrafi być przekorny. Sama się o tym przekonałam, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęły mi kopie mojej poprzedniej książki, która nigdy nie ujrzała światła dziennego i już nie ujrzy. W tamtym momencie w dziwny sposób komputery mi się psuły a dysk zewnętrzny i pendrive zaginęły w akcji. Dziś uważam, że tak miało być. Po utracie wszelkich danych zaczęłam pisać całkowicie nową historię. Widocznie los chciał aby to właśnie „List do dziadka” był moim debiutem, z czego bardzo się cieszę. Nieprawdopodobne jest to w jakim dniu udało mi się zakończyć moje dzieło. Nigdy bym się tego nie spodziewała, że pisanie książki zakończę dokładnie w dniu dziadka. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę łzy szczęścia spływały mi po policzkach. A ja nie wierzyłam, że to wszystko faktycznie się dzieje. Dzisiaj kiedy dochodzą do mnie pierwsze recenzje i gratulacje jestem bardzo wdzięczna za to, że udało mi się dojść do tego momentu. Odkąd sięgam pamięcią, już jako dziewczynka chciałam wydać książkę. I choć od tamtego czasu minęło sporo lat to jak widać nigdy nie jest za późno na spełnianie swoich marzeń. Jak to mówią lepiej późno niż wcale, a do wszystkiego trzeba odpowiedniego momentu. I taki moment u mnie właśnie nastąpił. Długo dojrzewałam do tego aby móc wydać książkę. Miałam wiele obaw, które wraz ze zdobywaniem wiedzy rozwiewały się dając mi coraz większą pewność, że powinnam jednak to uczynić. Zanim ją wydałam pisałam bardzo dużo tylko dla siebie. Zapisywałam różne fragmenty, historie z nadzieją, że kiedyś w przyszłości złożę to wszystko w całość i powstanie jakaś powieść. Zapiski również straciłam i nic mi nie pozostało ale jednak się nie poddałam. Mimo utraty wszystkiego dalej ryzykowałam i pisałam w różnych okolicznościach mając iskierkę nadziei, że tym razem się uda. Gdybym się poddała za pierwszym razem nie byłabym dzisiaj z siebie taka dumna, że pomimo takich przeciwności losu udało mi się to o czym marzyłam przez tyle lat i mam nadzieję, że każde kolejne moje marzenia również będę spełniała a mam ich jeszcze całkiem sporo. Tych, którzy jeszcze nie czytali Listu do dziadka gorąco zachęcam, gdyż jest to książka oparta na prawdziwych wydarzeniach i skłania do refleksji.
